Początki wydobycia wapieni w Miltitz datują się
prawdopodobnie na XV wiek. Pierwsze dokumenty rodziny von Heynitz dotyczące
kopalni datują się na 1571 r.
Aż do XVIII w. prowadzono tu sezonowe wydobycie w miesiącach
letnich. Następnie rola kopalni wzrastała ze względu na surowiec o wysokiej
jakości m. in. „miltitz marmor”. Kopalnię eksploatowano aż do lat trzydziestych
XX w. kiedy wyczerpanie złoża i problemy z odprowadzeniem wód kopalnianych
doprowadziły do zaprzestania działalności górniczej. W roku 1943 podjęto próbę
umiejscowienia tu podziemnej instalacji do krakingu benzyny oraz fabryki części
do silników lotniczych. Fundamenty instalacji widoczne są do dziś w jednym z
jeziorek hali głównej.
Być może istniały plany otwarcia w Miltitz fabryki ciężkiej
wody, ale brak jakiegokolwiek potwierdzenia tej legendy.
W 1944 r obiekt został ostatecznie zamknięty. Po wojnie
wykorzystywano infrastrukturę kolejową i magazyny kompleksu.
Pierwsze nurkowania w kopalni odbyły się w roku 1997, po
uzyskaniu odpowiednich pozwoleń. Od tego czasu infrastruktura nurkowa jest
stale rozbudowywana. Obiekt wykorzystywany jest także jako hala koncertowa o
wyjątkowej podobno akustyce. Wreszcie wycieczki oprowadzane są po suchej części
koplani.
kilka starych fotek
pneumatyczny świder
sztolnia główna (dolna) aktualnie
wejście do i sama sztolnia górna
Nurkowanie
Sława nurkowa miejsca nie umknęła naszej uwadze i od dawna
planowaliśmy tę wyprawę. Już we wrześniu domówiliśmy z Udo terminy przyjazdu.
Jak się okazuje wczesne zaplanowanie nurkowań jest niezwykle ważne aby w ogóle
dostać się do wody. Ciągną tu jaskiniowcy z całej Europy i co weekend, w
sezonie listopad –marzec nurkuje tu 20-30 osób. Wymagane jest wysłanie dość
szczegółowego zgłoszenia i cierpliwe oczekiwanie na odpowiedź. Później okazało
się, że Udo jest elastyczny i pewne modyfikacje teamu są akceptowane. Ma to szczególne
znaczenie w wypadkach losowych, co i nam się przydarzyło. W miejsce Marka,
który nieco okulał i nie chciał machać tylko jedną płetwą, zaprosiliśmy
Konrada, który nie przepuszcza okazji wejścia do dziury w ziemi. Konrad, który
rozpoznał teren wcześniej sprzedał nam kilka przemyśleń o gazach, logistyce i
ogólnym wrażeniu miejsca.
Zajechaliśmy zatem w piątek do Miśni, która znajduje się 15
min jazdy od kopalni. Tu ustanowiliśmy kwaterę i przygotowaliśmy się kulinarnie
do działań w sobotę. Właściciel pensjonatu najpierw wziął nas za angoli – ach,
ten akcent! Później rozpoznawszy narodowość szybko sięgnął do chłodziarki z
winem.
Rankiem o godz. 9-ej minut pięć stanęliśmy na parkingu przed
wejściem. Było już całkiem sporo aut. Prawdą jest, że desperados nocują tu na
parkingu bez względu na temperaturę otoczenia. Coż nurek nie może być jak guma miętki.
na parkingu
wejście do sztolni głównej
spacerkiem jakie 100m w dół i potem w górę
jeziorko wejściowe
okoliczności sali głównej
Sprawnie złożyliśmy szpej i hajda do wody. Konrad wyposażony
w kamerę, a ja z dodatkową latarką do doświetlania okoliczności przyrody.
Pierwsze nurkowanie, dla mnie zapoznawcze, poświęciliśmy
zwiedzaniu poziomów pośrednich i płytkich tzn. do maksymalnej głębokości 44m.
Czas całkowity 94min.
Wrażenie powaliłoby mnie z nóg, gdybym nie lewitował w
wodzie, której nie widać. Kopalnia jak nie kopalnia. To raczej jakaś katedra z
licznymi kolumnami podpierającymi strop. Właściwie jest tu tylko jeden korytarz
o pojedynczym wejściu, reszta wyrobiska jest podziurawiona licznymi, szerokimi
prześwitami.
Pewne zakłopotanie wywołują dość niechlujnie założone
poręczówki. Poza główną grubą liną w korytarzu na 6m występują jeszcze liczne
linki o różnej grubości i kolorze, ale bez myśli przewodniej.
Główna poręczówka ma tą zaletę, że przez cały czas zalega
kapkę poniżej 6m i biegnie dość długim odcinkiem od jeziorka do jeziorka, przez
co nawet długie deko na tlenie nie nudzi się nic a nic. W jeziorku
przeciwległym do wejściowego podziwiać można fundamenty instalacji do krakingu
benzyny.
Prawdopodobnie zaporęczowana jest tylko mała część kopalni.
Większość czeka na swoich eksploratorów. Ślady powyższych są widoczne i miło
było rozpoznać strzałę ze swojsko brzmiącym „Majki”.
W ramach zapoznania zwiedziliśmy wspomniany ślepy korytarz z
odpoczywającym pod ścianą kolegą Kościejem - upiorne wrażenie! Wykonawcy pomysłu
zabrakło jednak odwagi do ustawienia obok trumny. To by było memento!
Drugie nurkowanie służyło rzuceniu okiem na część głęboką. Trwało
także dość długo bo 84 min. Dobrnęliśmy do dna na początku najgłębszej i
największej sali. Mój głębokościomierz pokazał 58m. Zorientowaliśmy się o co
biega, rzuciliśmy okiem na groźnie wyglądającą grubą warstwę mułu i po kilku
minutach zaczęliśmy wypłycać się zwiedzając kolejne poziomy.
Ponownie wycieczka w części płytkiej i rzut oka na jedyne tu
miejsce z dekoracjami iście jaskiniowymi. Tak, proszę państwa, w ciągu
niewielkiego czasokresu eksploatacji kopalni uformowały się już delikatne
makarony nacieków.
Przy wyjściu z wody powitała nas przemiłym uśmiechem Fraulein z listą uczestników –
pierwszego dnia zakonspirowana tak, że w ogóle jej nie było. Kiedy wchodziliśmy
do wody chciała położyć się jak Rejtan u drzwi z zawołaniem „where is your guide?!”. Tylko Udo
skrócił potencjalnie jałową dyskusję krótkim „alles OK.”
Wyjechaliśmy zauroczeni miejscem nurkowym, oczarowani Miśnią,
rozbawieni do łez cenami tamtejszej porcelany (4500eur za mizerny bibelocik,
1500 za paterkę na cukierki).