I przyjechaliśmy ponownie, tym razem we wzmocnionym składzie. Wróciwszy do formy dołączył do nas Marek Cacaj z własnym stadem twinsetów i butli. Potrzeby zaś w tym względzie wzrosły razem z apetytem na oglądanie coraz to nowych zakątków kopalni. Wprawdzie można, a nawet trzeba spędzić tu trochę czasu na rozpoznanie poziomów płytkich i pośrednich, ale zawsze pozostanie chęć zajrzenia za zakręt. W ten sposób kopalnia nieodmiennie prowadzi do części odległej i głębokiej. Taki też był plan na ten wyjazd, a przynajmniej na nurkowanie nr 2.
Wieczór piątkowy spędziliśmy integracyjnie z delegacją Balticexplorersów, racząc się dziełami własnego warsztatu kinematografii podwodnej.
Odważnie przystąpiliśmy także do dziurawienia naszych suchaczy dla instalacji ogrzewania dopiero co zanabytego od YellowDiving. Konrad z politowaniem przyglądał się mojej i Marka niszczycielskiej pasji, słusznie przewidując, że uszczelnienia nie muszą tak od razu trzymać i może trzeba było wybrać mniej ambitne (i tańsze) zanurzenia do prób. Na szczęście tym razem mylił się. Nasze talenty elektryczne i wulkanizatorskie pozwoliły skutecznie ogarnąć zadanie. To działa i grzeje!
Pierwsze nurkowanie poświęciliśmy pokazaniu Markowi najbardziej charakterystycznych miejsc: korytarza na 45m, korytarza na 26m z kontynuacją slępą i wspomnianym już poprzednio szkieletem oraz korytarza nazwijmy to „dekompresji” na 6m. Nurkowanie długie bo prawie dwugodzinne. Zaskoczyła nas fatalna widoczność, która nie przekraczała 15m. Miejscami zaś wpadaliśmy w chmurę zawiesiny ograniczającą widoczność do 4m – szczególnie na końcu korytarza na głębokości 45m gdzie doszliśmy do niewielkiej ślepej wypustki kończącej korytarz – tam beczka na dnie.
Po nurkowaniu oddaliśmy się już tradycyjnie umartwianiu ciała i ducha w pobliskich lokalach, które zapewniły nam płyny nawadniające w odpowiedniej ilości i jakości. Tu ponownie połączyliśmy się z ekipą trójmiejską. Przy opowieściach z mchu i paproci dobrnęliśmy do wieczora, kiedy jedynym co na tym pustkowiu wypadało zrobić było udanie się do sauny.
Następnego dnia uzbrojeni w dodatkowe stejdże z gazem podróżnym (i 2 gazy deko) zaatakowaliśmy część głęboką w pobliżu AvH Halle. Ponownie zaskoczyła nas słaba wizura nawet w części głębokiej, choć nie spadała poniżej 10m. Idąc wzdłuż istniejącej poręczówki zeszliśmy po schodach i dalej w prawo dochodząc do max. 60m. Malowniczo wyglądają tu całe „wydmy” gliniastego osadu, który nie wróży nic dobrego w razie poruszenia. Zatoczyliśmy pętlę i wylądowaliśmy ponownie nad schodami. Po drodze mineliśmy kilka przesmyków budzących nadzieję na dalszą penetrację… Na pewno będzie to temat na kolejne wypady. Nurkowanie kończyliśmy w tłoku wypełniającym spory bądź co bądź korytarz na 21m. Jakoś wszystkim naraz zaczęło się deko. Po tym tradycyjne snucie się w płytkim korytarzu. Dla urozmaicenia zrobiliśmy wypad do bocznego korytarza ciągnąc własną poręczówkę całkiem spory kawałek. Ilość rozgałęzień daje pojęcie o skali wyrobiska, które nie jest z pewnością jakąś tam dziurką w górze.
Jak zwykle wychodziliśmy z bananem na twarzach, a po nas … jakiś czas … i jeszcze trochę … ekipa bałtycka (chłopaki mieli zestawy osiemnastkowe).
Fajnie było poznać i przyobiecaliśmy sobie wspólne nurkowania kiedyś…